Mieszkałam w Izmirze tylko miesiąc, a upały dały mnie się we znaki, na tyle, by skreślić „upalne lato” z listy ulubieńców. Lipiec był szalenie gorący, bezchmurne niebo i słońce – w nadmiarze. Z niedowierzaniem przysłuchiwałam się zachwytom, że zimny wiart, że pogoda dająca wytchnienie, że to lato, to jedno z najchłodniejszych od lat. I tak szukając wytchnienia to w morzu, to w boskiej klimatyzacji, zdradzono mi sekret idealnego letniego śniadania.

Gdy zaferwowano mi je po raz pierwszy, pomyślałam, że to strasznie dziwna kombinacja. Kawałki słodkiego arbuza i kosteczki słonych serów przygryzane chlebem. Mniam! Spróbowałam raz i mimo upalnego letargu, wróciło moje zainteresowanie otoczeniem. Przyłapałam się nawet na wycieraniu soku z arbuza kawałkami chleba, czekając niecierpliwie, aż wsiąknie, zaróżowiając kromkę. Lekkie, chłodne i soczyste. Aby smakowało naprawdę wyśmienicie, polecam mocne sery, z charakterem (np.dojrzały żółty z Kars), gdyż dobrze komponująją się ze słodyczą arbuza.

Nie trzeba chyba dodawać, że najlepiej, by arbuz był zimny. Słyszałam, że (ponoć) najprościej go słodzić wystawiając na słońce na ziemi (energia i wilgoć pozwala wyrównać temperatury gleby i owoca… ale sami sprawdźcie czy naprawdę działa).

W Turcji, w sezonie arbuzy sprzedawane są na ulicy w wozach, przyczepach, namiotach, w zależności od wyobraźni i możliwości sprzedawcy. I z mojego doświadczenia najsłodsze właśnie się tam znajdzie.  By kupić najsmaczniejszy, konieczne jest dokonanie rytuału oglądu pukania i stukania, jako, że te najdojrzalsze wydawają pusty dzwięk, a przy nacięciu soczyście pękają. A i najsłynniesze z Adany i Diyarbakır. W oby dwóch miastach odbywają się festiwale arbuzowe.

Diyarbakır karpuz festivali: