Opowiadania i podania


List bez słów.

Młody mężczyzna o imieniu Dursun z miasta Czwartek, był dleko od domu na służbie wojskowej. Każdego dnia skromna ilość listów była dostarczona do bazy i każdego dnia rekruci zbierali się chętnie, by odebrać swoje listy. Jedynym, który nie otrzymał żadnej poczty był Dursun.

W obozie dowódzca czytał wszystkie listy, zanim zostały dostarczone do żołnierzy. Tak, to był rodzaj cenzury, ale pozwalało to utrzymać brygadę razem. Załóżmy, że Mehmet otrzymał list mówiący, że jego kuzyn umarł lub jego brat miał kłopoty, lub jego żona flirtowała z innym mężczyną. Czyż Mehmet nie starałby się uciec do domu, by zobaczyć jak mógłby pomóc? Drużyna nie mogłaby by funkcjonować z takimi ucieczkami!

Więc pewengo dnia w końcu Dursun otrzymał list z domu. Dowódzca otworzył kopertę i wyciągnął list, ale na kartce nic nie było napisane. Była czysta z przodu i z tyłu. „Acha!” rzekł dowódca do siebie samego. „Coś podejrzliwego jest w tym liście!” Próbował na każdy znany mu sposób rozszyfrować ten list, ale nie mógł niczego odkryć. W końcu zawołał Dursuna do swego biura i rzekł do niego: „Dursun, otrzymałeś list. Oto on. Przeczytaj go.” Mówiąc to, wręczył kopertę.

„List!” Dursun wykrzyknął. „To prawdopodobnie od mojego straszego brata.” Wyciągając list z koperty, spojrzał się na nigo, ale kartka była pusta. Obrócił ją i spojrzał się na rewers, ale też nic nie było napisane. Uśmiechając się do siebie, złożył list i włożył w kopertę. „Dziękuję Panie Generale!” zasalutował wychodząc.

„Dursun, zaczekaj!” rzekł dowódca. „W tym liście zawarta jest jakaś wiadomość. Czy twój brat próbuje ściągnąć cię do domu? Może to jest rodzaj kodu lub szyfru? W każdym razie czytaj list na głos.”

„Ależ Panie Generale,” odparł Dursun, „nic nie jest napisane na tej kartce w tej kopercie – nic ani na jednej, ani na drugiej stronie. Spójrz!” Po czym wyciągnął list z koperty i pokazał dowódcy.

Ale on wciąż nie był zadowolony. „Dursun,” rzekł, „dlaczego twój brat przesłałby ci tylko czystą kartkę? Dlaczego nie zawarłby w niej jakiejkolwiek wiadomości? Dlaczego? Powiedz mi!”

„Więc, dwa lata temu pokłóciliśmy się dosyć poważnie i od tego czasu nie powiedzieliśmy do siebie ani słowa. To wszystko. Dlatego nic nie napisał w liście. A brat jest bratem, pamiętamy o sobie, chociaż w domu lub poza nim, nie odzywamy się do siebie!”

 

GĄSIENICA I MYSZ

Raz była i raz nie była sobie gąsienica. Pewnego dnia gąsienica wędrowała po okolicy i spotkała pasterza. Pasterz rzekł:

„Pani Koralik długowłosa,

Pani Koralik piękna i wysoka,

Gdzie się udajesz?”

Gąsienica dopowiedziała: „Staram się znaleść dom dla siebie.”

„Czy przyjdziesz zamieszkać ze mną?” zapytał się pasterz.

Gąsienica odpowiedziała: „Czy zbijesz mnie, kiedy będziesz zły na mnie?”

Pasterz odpowiedział: „Tak, tym kijem.”

Pani Koralik rzekła: „Zobaczmy czy to boli.”

Kiedy pasterz uderzył ją kijem, zabolało ją, więc odpowiedziała: „Oh, nie! Nie mam zamiaru poślubić cię!” Więc pasterz ją opuścił.

A ona szła dalej i dalej, aż spotkała koguta. Kogut rzekł:

„Pani Koralik długowłosa,

Pani Koralik piękna i wysoka,

Gdzie się udajesz?”

Gąsienica odpowiedziała: „Staram się znaleść dom dla siebie.”

„Czy przyjdziesz zamieszkać ze mną?” zapytał się kogut.

Gąsienica odpowiedziała: „Czy zbijesz mnie, kiedy będziesz zły na mnie?”

Pasterz odpowiedział: „Tak, zbiję cię mym dziobem.”

Pani Koralik rzekła: „Zobaczmy czy to boli.”

Kiedy kogut podziobał ją w plecy, aż pokryte były całe w dziurach, więc odpowiedziała: „Oh, nie! Przestań! Nie mam zamiaru poślubić cię!”.

Więc poszła dalej swoją drogą, a po kilku krokach spotkała mysz . Mysz zapytała się:

„Pani Koralik długowłosa,

Pani Koralik piękna i wysoka,

Gdzie się udajesz?”

Gąsienica odpowiedziała: „Staram się znaleść dom dla siebie.”

„Czy przyjdziesz zamieszkać ze mną?” zapytała się mysz.

Gąsienica odpowiedziała: „Czy zbijesz mnie, kiedy będziesz zła na mnie?”

Mysz odpowiedziała: „Tak, zbiję cię mym ogonem.”

Pani Koralik rzekła: „Zobaczmy czy to boli.”

Mysz biła ją ogonem raz i drugi, ale to nie zabolało ją. Więc Pani koralik zdecydowała się poślubić mysz. Więc się pobrali.

Kilka dni później mysz powiedziała:

„Pani Koralik długowłosa,

Pani Koralik piękna i wysoka,

Jest wesele na które iść muszę,

Czy dasz mi swe pozwolenie?”

Pani Koralik odpowiedziała: „W porządku. Idź. A kiedy tam będziesz, zbiorę wszystkie rzeczy i je wypiorę w strumyku.”

Więc Pani Koralik długowłosa, Pani Koralik piękna i wysoka, włożyła wszystko, co było do prania w tobołek, przywiązała do swej nogi i pociągnęła aż do strumyka. Na brzegu strumyka zobaczyła ślad konia, który pił wodę. Piorąc bieliznę w tym małym strumyczku, wpadła do wody i nikt naprawdę nie wie, jak to się stało. Kiedy starała się wydostać z mułu, usłyszała przejeżdżającego jeźdźca i krzyknęła:

„Oh jeźdźcy, oh jeźdźcy, wasze kroki brzmią słodko tak,

Czy pojedziecie do weselnego domu, gdzie jedzenia nie brak,

Powiecie Myszy, mężowi memu,

by udał się ku domowi swemu,

gdyż Pani Koralik długowłosa,

Pani Koralik piękna i wysoka,

wpadła do mułu i jest w kłopotach.”

Co prawda udali się do domu weselnego, gdzie była uczta i mnóstwo jedzenia. Wszyscy jedli i dobrze sie bawili, a podczas uczty jeden z jeźdźców powiedział: „Posłuchajcie, w trakcie naszej podróży usłyszeliśmy dżdżownicę uwiezioną w mule. I oto, co ona śpiewała:

„Oh jeźdźcy, oh jeźdźcy, wasze kroki brzmią słodko tak,

Czy pojedziecie do weselnego domu, gdzie jedzenia nie brak,

Powiecie Myszy, mężowi memu,

by udał się ku domowi swemu,

Gdyż Pani Koralik długowłosa,

Pani Koralik piękna i wysoka,

wpadła do mułu i jest w kłopotach.”

Jak tylko Pan Mysz to usłyszał, wyskoczył ze swojego miejsca na stół i wyjadał to z jednego to z drugiego talerza. Kiedy się najadł, opuścił ucztę i pobiegł w stronę potoku. Tymczasem Pani Koralik długowłosa, Pani Koralik piękna i wysoka, bezradnie leżała i w mule się szarpała.

Pan Mysz powiedział: „Podaj mnie swoją rękę, bym cię mógł wyciągnąć.”

A ona odpowiedziała: „A ja jestem na ciebie zła.”

Pan Mysz powtórzył: „Podaj mnie swoją rękę. Pozwól bym mógł cię wyciągnąć.”

A żona odpowiedziała: „A ja jestem na ciebie zła.”

Na co Pan Mysz się bardzo zezłościł i odpowiedział: ”A ja cię zgniotę moją łapką, a ja cię zgniotę moję łapką! A ja cię zgniotę moję łapką! A ja cię zgniotę moję łapką!” I skakał i skakał po Pani Koralik, aż ją wgniótł całkowicie w muł.

 

 

 

Nasreddin Hoca jako kaznodzieja.

Kiedyś Nasreddin Hoca został skierowany jako religijny przywódca do wioski. Podejmując obowiązki byłego pastora, Nasreddin Hoca pojawił się w piątek w meczecie na mszy w południe. Jednakże, tyle co przybywszy do woski, nie miał czasu na przygotowanie kazania. Stojąc na mimbrze (schody – „ambona”), zapytał się zebranych w meczecie: „Wierni, czy wiecie o czym dzisiaj powinienem prawić kazanie?”

Wahajac się tylko przez chwilkę, zebrani odpowiedzieli, „Nie, nie wiemy.”

„No widzicie, ja też nie wiem.” rzekł Hoca i zszedł po schodach mimbru udając się do domu.

Następnego piątku, wchodząc na mimber, zadał to samo pytanie: „Wierni, czy wiecie o czym dzisiaj powinienem prawić kazanie?”

„Tak, wiemy.” odpowiedzieli.

„W tym wypadku” rzekł Hoca „będzie zbędne się powtarzać.” i zszedł po schodach mimbru, udając się do domu.

W następny piątek wierni zebrali się znacznie wcześniej, aby móc zadecydować co odpowiedzieć na trudne pytanie Hocy. Postanowili, że połowa odpowie, że wie o czym będzie kazanie, druga połowa, że nie wie.

Kiedy Nasreddin Hoca przybył do meczetu, wchodząc na mimber, zapytał się zbranych: „Wierni, czy wiecie o czym dzisiaj będę prawić kazanie?”

Niektórzy odpowiedzieli: „Tak, wiemy.” inni „Nie, nie wiemy”.

Słysząc to Hoca odpowiedział: „W tym wypadku ci co wiedzą niech powiedzą pozostałym.” i zszedł po schodach mimbru udając się do domu.

W następnym tygodniu wierni zebrali się przed mszą piątkową. Jeden z mężczyzn powiedział: „Ten nowy pastoer jest tak szybki w ripoście, że cokolwiek powiemy, znajdzie powód dla niewygłoszenia kazania. Dlatego w tym tygodniu nikt z nas nie odpowie na pytanie.” I wszyscy zgodzili się na tę propozycję.

Kiedy Nasreddin Hoca przybył do meczetu, wchodząc na mimber, zapytał się zbranych: „Wierni, czy wiecie o czym dzisiaj będę prawić kazanie?”

Nikt nie odpowiedział. Zadał to samo pytanie po raz drugi i trzeci. Wciąż nikt nawet nie pisnął.

„Ach!” rzekł Nasreddin Hoca „Wygląda na to, że dzisiaj nikt nie przyszedł do meczetu na kazanie!” i zszedł po schodach mimbru udając się do domu bez wygłoszenia kazania.

 

KTO SPRZEDAJE GRANATY (owoce)?

Pewnego dnia Nasreddin Hoca wypełnił kosz swymi najsmaczniejszymi granatami, pragnąc sprzedać je na targowisku. Zasiadając swojego osiołka i ostrożnie zabierając kosz, udał się do, w jego mniemaniu, najbardziej pożądane miejsce na targu i tam rozpoczął wykrzykiwać zalety swoich produktów.

„Nar var!” wykrzykiwał „En guzel nar var” („Granaty! Najsmaczniejsze granaty!”).

Tymczasem jego osiołek również zaczął wykrzykiwać, rycząc: „Iii haaa! Iii haaa! Iii haaa!”

Podirytowany Hoca spojrzał się na osiołka, jednocześnie próbując przyciągnąć nabywców jego granatów: „Nar var! En guzel nar var!”

Zachęcony tym osiołek podjął ponownie swoją wersję nawoływań mistrza: „Iii haaa! Iii haaa! Iii haaa!” W tym czasie zebrał się mały tłum wokół Hocy i jego osiołka, ciekawy jak Hoca poradzi sobie z tym problemem.

Za trzecim razem Hoca nawoływał: „Nar var! En guzl nar var!” potrząc z nadzieją na zebrany tłum. A osiołek radośnie powtórzył niczym echo: „Iii haaa! Iii haaa! Iii haaa!” To było zbyt wiele dla Hocy. „Pomyśl!” powiedział ze złościa do osiołka „Kto sprzedaje granaty, ja czy ty?” Rozbawiony tłum, śmiejąc się, zbliżył się by kupić owoce Hocy.

 

 

TYŁEM NA OŚLE

Pewnego piątku, kiedy Nasreddin Hoca przygotowywał się do wyjścia do meczetu, aby czytać nauki zawarte w Koranie, usłyszał: „puk, puk, puk” u swych drzwi. Jak tylko otworzył drzwii, zobaczył wszystkich chłopców z jego szkoły na podwórzu. „O co chodzi?” wykrzyknął zdziwiony.

„Hoca Effendi, postanowiliśmy dzisiaj pójść z Tobą na nabożeństwo.” powiedział jeden z chłopców, mając poparcie całej grupy.

„Z radością odprawię nabożeństwo,” powiedział Hoca, „ale nie jestem jeszcze gotowy do wyjścia. Poczekajcie tutaj, a ja za chwilkę do was dołączę.”

Hoca zamknął drzwi i szybko założył długi płaszcz i obszerny turban. Następnie pospieszył do drzwi, otworzył je, założył buty leżące u progu i pospieszył przez podwórze by dosiąść swojego osiołka. Ale w pośpiechu, usiadł na niego tyłem!

Chłopcy zaczęli się podśmiechiwać i sturchać się nawzajem, zastanawiając się jak Hoca wytłumaczy się z tego śmiesznego błędu. Tymczasem Hoca też się zadumał, ale trzymał się na baczności, zerkając to na jednego to na drugiego.

„Domyślam się, że się zastanawiacie” rzekł, „dlaczego usiadlem tyłem na moim ośle. Mam swoje powody. Gdybym usiadł przodem na ośle i szedł przed wami, nie mógłbym was pilnować. Z drugiej strony, gdybym siedząc przodem na ośle, szedł za wami, nie byłoby to mnie godne, gdyż jestem waszym mistrzem. Dlatego jadę przed wami i mam was pod stała kontrolą.”

Troszkę długa historia, z często pojawiającymi się motywami w innych, ale zabawna. Miłego czytania!

DWAJ BRACIA I ZACZAROWANA KURA

Kiedyś było i nie było, kiedy wielbłąd był fryzjerem, a mucha bagażowym – więc w tych czasach żyła rodzina, która nigdy nie miała szczęścia w życiu. Byli oni bardzo biedni, a ojciec z ledwością znajdował pracę, by zarobić na chleb i ser. Pewnego dnia żona poprosiła męża, by wyruszył z domu, aby dowiedzieć się co jest jego przeznaczeniem.

Szedł krótko, szedł długo. Przebył góry i doliny. Podróżował sześć miesięcy i wakacje, a kiedy się obrócił, zobaczył, że nie przeszedł dalej, niż na długość kłosu żyta. W końcu dotarł do Derwisza.

„Czego szukasz?” zapytał się Derwisz.

„Chcę dowiedzieć się co jest moim przeznaczeniem.”

Derwisz odpowiedział, „Uczyniłeś dobry krok. Idź naprzód, aż dojdziesz do wzgórza. Za tym wzgórzem jest mokradło i tam się dowiesz o swoim przeznaczeniu”.

Mężczyna doszedł aż do wzgórza, z kroku na krok wspiął się na wyżynę. Kiedy znalazł się po drugiej stronie stoku, zobaczył mokradło, z którego wyrastała trzcina. Niektóre z trzcin były krótkie, inne długie, a wszystkie były losem różnych ludzi. Najdłuższe były losem najbogatszych, średniej długości były fortuną zwykłych ludzi, a najkrótsze najbiedniejszych. Szukał swojej trzciny, ale nie mógł jej rozpoznać. W końcu zdecydował się krzyknąć: „Moje przeznaczenie, mój losie! Gdzie jesteś?”

Wkrótce głos mu odpowiedział: „Tutaj jestem. Tutaj…” Po czym jęknęło. Podążając za głosem, podeszdł do trzciny leżącej w błocie. Delikatnie wyprostował je i powiedział: „Proszę, powiedz mi jakie jest moje przeznaczenie. Teraz żyję w biedzie… Pragnę poznać przyszłość.”

Trzcina stała w milczeniu przez chwilę, poczym rzekła: „Przejdź na drugą stronę wzgórza. Znajdziesz tam drogę, drogę przez którą przejeżdżają karawany. Kiedy tam dotrzesz, zatrzymaj jakikolwiek wóz, który będzie podążał tą drogą i powiedz im, że to jest twoja droga i pobierz od nich opłatę. Pierwszy karawan zaproponuje ci złoto i srebro jako zapłatę. Nie bierz ani srebra ani złota, ale powiedz, że pragniesz tylko kurę, którą stary mężczyzna na końcu karawanu trzyma na kolanach.”

Jeszcze raz wyprostował źdźbło, po czym przeszedł na drugą stronę wgórza, gdzie była droga. Czekał i czekał, aż w końcu karawan przybył. Zatrzymując go, powiedział woźnicy: „Ta droga jest moja i musisz zapłacić za przejazd.”

„Dobrze,” odpowiedział woźnica, „Jakiej pragniesz zapłaty? Może być złoto?”

„Nie, nie chcę złota,” odpowiedział mężczyzna.

„Więc może weźmiesz srebro?”

„Nie nie chcę ani srebra ani złota.”

„Więc co przyjmiesz jako zapłatę?”

„Chce tylko kurę, którą stary mężczyzna na końcu karawanu trzyma na kolanach.”

„Idź zatem i poproś go o tę kurę.”

Mężczyna wszedł do karawanu. W środku siedział starzec z kurą na kolanach.

„Muszę wziąść tę kurę jako zapłatę za przejazd.” – powiedział.

„Wśród całego złota i srebra, które znajduje się na tym wozie,” rzekł starzec „dlaczego wybrałeś kurę?”

„Bo tylko kurę chcę.” W końcu dostał kurę, o którą się domagał, więc zaczął iść, iść, aż wrócił do domu.

Kiedy dotarł do domu z kurą, jego żona rzekła: „Poszedłeś w świat szukać przeznaczenia, a zobacz co znalazłeś! Kurę!” krzyknęła. „Co to ma znaczyć?!”

Więc opowiedział jej o chudej trzcinie i poradzie jakiej od niego uzyskał. „’Domagaj się zapłaty za przejazd,’ powiedziało, ‚Zaproponują ci złoto. Zaproponują ci srebro. Nie przyjmij ich, ale poproś o kurę, którą trzyma na kolanach starzec na końcu karawanu.’ I tak też uczyniłem.”

„Co?!” krzyknęła żona. „Odmówiłeś złota? Odmówiłeś srebra? I wziąłeś tylko tę nędzną kurę! Jesteś głupcem, mój mężu. Jesteś głupcem. Dlaczego wziąłeś tylko kurę, zamiast złota i srebra, które tak bardzo potrzebujemy?”

„Żono”, powiedział mąż, „to jest moje przeznaczenie. Musimy wziąść co nam daje los.”

Zanieśli kurę do kurnika, a kiedy poszli ją nakarmić następnego ranka, zobaczyli, że kura zniosła złote jajo. Podnieśli je i zanieśli do jubilera, gdzie wymienili na pieniądze. Od tego czasu kura codziennie znosiła złote jajo. Wkrótce mężczyzna miał tak dużo złota, że stał się bardzo bogaty, więc zdecydował, w poczuciu czystej wdzięczności, udać się na pielgrzymkę do Mekki. Opuszczając swą żonę i swój dom i swoje dzieci, dołączył do pielgrzymki.

Po wyjeździe męża, żona została sama i czuła się bardzo samotna. Pewnego dnia powiedziała do swoich dwóch synów, „Wyjdźcie z domu, by zobaczyć czy ktoś jest na ulicy i przyprowadźcie kogokolwiek tutaj, by ze mną porozmawiał.” Chłopcy wyszli, ale nie mogli znaleść ani sąsiadów, ani znajomych, z wyjątkiem przybysza. Kiedy powiedzieli to matce, ona rzekła, „Dobrze, więc przyprowadźcie nieznajomego, abyśmy mogli go przywitać. W końcu nieznajomi są gośmi Allaha.”

Rozmawiała z nim i rozmawiała, i szybko się zaprzyjaźnili. Po godzinie lub dwóch rozmowy powiedziała nieznajomemu o zaczarowanej kurze. „To ciekawe, że wspomniałaś właśnie o kurze,” powiedział gość, „gdyż mam ochotę na kurczaka. Byłbym bardzo wdzięczny, gdybyśmy mogle zjeść tę kurę na obiad.”

„Oh, nie,” odpowiedziała kobieta. „Nie mogę ci przyżądzić tej kury, gdyż jest ona przeznaczeniem mojego męża. Ale mamy inne kury w kurniku. Zlecę kucharce przygotowanie jednej dla ciebie.”

„Ale tylko ta wyjątkowa kura mnie interesuje,” rzekł gość. „Mam pewność, że jej smak jest lepszy od zwykłych kur. Przygotuj ją dla mnie.” Rzekł to tak przekonywające, że kobieta zgodziła się przyżądzić nieznajomemu tę wyjątkową kurę. Rozkazala słudze zabić kurę i polecić kucharce ugotować ją na kolację.

Tymczasem kucharka podsłuchiwała całą rozmowę przez dziurkę od klucza. „Jeśli ona zachowa się jak głupiec i zgodzi się zmarnować męża przeznaczenie dla tego nieznajomego,” powiedziała do siebie, „muszę wziąść sprawy w swoje ręce.” Po tym jak sługa zabił kurę, kucharka odłożyła na bok głowę i i szyję. Z reszty kurczaka ugotowała wspaniały posiłek (który z uzasadnieniem krzyczał, by być zjedzonym (!)). Następnie wołając dwóch synów, rzekła: „Tak kura jest wyjątkowa także z dwóch innych powodów, pomijając znoszenie złotych jaj. Ktokolwiek zje głowę kury zostanie padiszahem (sułtanem), a ktokolwiek zje szyję zostanie wezyrem. Wasz ojciec życzyłby sobie, abyście je zjedli, jako, że to one są jego przeznaczeniem. A teraz szybko!, Zjedzcie je!” I nakarmiła głową kury starszego syna, a szyją młodszego. „A teraz musicie uciekac!” powiedziała, pomagając im wyjść przez okno. „Idźcie i nie oglądajcie się za siebie!”

Jak tylko kura została podana gościowi, przyjżał się jej i zapytał. „Dlaczego, gdzie jest głowa i szyja?”

„Nie wiem,” odpowiedziała kobieta, „ale zawołam kucharkę i zapytam się jej.” I wysłała sługę, by przyprowadził kucharkę.

Kiedy kucharka przybiegła, kobieta zapytała się: „Kurczak wygląda wyśmienicie, ale nasz gość chce wiedzieć, co zrobiłaś z głową i szyją kury. Gdzie one są?”

„Dlaczego? Na pewno głowa i szyja zostały ugotowane wewnątrz kury,” powiedziała kucharka. „Czy sprawdziłeś tam?”

Szybko nieznajomy rozciął kurę, ale nie znalazł ani głowy, ani szyji. Wtedy kucharka przyznała: „Dałam głowę starszemu synowi, a szyję młodszemu, aby załagodzić ich głód. Następnie kazałam im odejść. Pewnie teraz są całkiem daleko stąd.” I jak została ukarana!

Tymczasem chłopcy, raz wydostawszy się bezpiecznie przez okno, biegli, a potem szli i szli, aż doszli do rozgałęzienia drogi. „Wygląda na to, że nasze losy chcą nas rozdzielić,” powiedział starszy brat, „może powinniśmy wybrać każdy inną drogę.” I zgodzili się podróżować oddzielnymi drogami. Starszy wybrał drogę idącą w lewo, a młodszy tę w prawo.

Starszy syn szedł i szedł, aż dotarł do wielkiego miasta. Stało się tak, że padiszah tego miasta zmarł i mieszkańcy postanowili wybrać nowego. Jak nakazuje zwyczaj, wypuszczą gołębia należącego do poprzedniego padiszaha, który siadając na kogoś głowie, wybiera nowego padiszaha. Teraz, kiedy gołąb został wypuszczony, pofrunął bezpośrednio na głowę starszego syna i usiadł na niej.

„Niesprawiedliwe! Niesprawiedliwe!” wykrzyczał ktoś z tłumu. „Państwowy patk usiadł na głowie nietutejszego. Musimy spróbować ponownie.”

Więc tłum schwycił gołębia i wypuścił go ponownie. Wpierw fruwał dookoła. Potem pofrunął na głowę starszego syna i usiadł na niej.

Wciąż ludzie nie byli zadowoleni. „Turcy mają trzy szanse,” rzekł jeden. „Musimy spróbować ponownie.” Więc tłum schwycił gołębia i wypuścił go ponownie. Za trzecim razem gołąb pofrunął bezpośrednio na głowę starszego syna i usiadł na niej. „To przesądza sprawę,” zgodzili się wszyscy i tak starszy syn został padiszahem.

Tymczasem młodszy syn szedł i szedł swoją drogą, aż doszedł do miasta. W tym czasie, miasto to było przybrane w czerń, opłakując śmierć padiszaha. Młodzieniec zapukał – Puk! Puk! Puk! – do drzwi małego domku na skraju miasta, a kiedy Pani domu otworzyła drzwi, zapytał się czy mogłaby go przenocować w swoim domu.

„Witaj serdecznie,” powiedziała kobieta. „Proszę wejść i rozgościć się, gdyż każdy nieznajomy jest gościem Allaha.” I zaprowadziła go do jego pokoju.

Następnego ranka, kiedy kobieta poszła zawołać młodzieńca na śniadanie, zauważyła pod jego łóżkiem kubek złotych monet. Cichutko, cichutko skradła się i wsypała monety to swej kieszeni. Jak mogła wiedzieć, że te monety pojawiły się tylko dlatego, że chłopak zjadł szyję kury? „Jest coś magicznego w tym młodzieńcu” – powiedziała do siebie i obudziła go. „Myślałam o tobie całą noc” rzekła. „Jesteś sam na świecie, a ja nie mam synów. Zamieszkaj ze mną i zostań moim synem.”

Młodzieniec się ucieszył i zgodził się zostać. I ranek po ranku kobieta dbała o to, by wstawać wcześnie rano, by móc zebrać złoto zanim młodzieniec się zbudził. Dni mijały, a kobieta stała się bogata.

Jednakże trzy albo cztery tygodnie później młodzieniec obudził się wcześniej i ku jego zdziwieniu znalazł kubek złota pod łóżkiem. Nic nie mówiąc, schował je do małej skrzyni w jego pokoju. Następnego poranka znowu znalazł kubek złota, i następnego poranka, i następnego. Wciąż nic nie powiedział o złocie kobiecie, a ona, z jej strony, stała się tak bogata, że nie zadawała żadnych pytań.

W mieście, gdzie przebywał młodszy syn, żyła najpiękniejsza dziewczyna na świecie. Była tak piękna, że królowie z najdalszych ziem przybywali raz w roku tylko by ją zobaczyć. Aby móc zobaczyć tę piękną dziewczynę, należało zapłacić kubek pełen złota, i oto w ten sposób młodszy syn zaczął wydawać swe pieniądze. Dzień po dniu wydawał kubek złota, by móc zobaczyć dziewczynę, gdzyż była ona naprawdę piękna.

Kiedy piękna dziewczyna uświadomiła sobie, że ten sam młody mężczyzna przychodził do niej dzień po dniu, zainteresowała się, jak on mógł pozwolić sobie na odwiedzanie jej tak często. Wkrótce odkryła jego tajemnicę i postanowiła zdobyć szyję kury dla siebie. Pewnej zimowej nocy, kiedy młodzeniec odwiedził ją, dała mu coś do zjedzenia, przez co się poczuł się chory. W mdłościach wykrztusił szyję kury, która leżała, przez cały ten czas niestrawona w jego żołądku.

Kiedy dziewczyna pochwyciła szyję kury, wyrzuciła młodzieńca w krzaki, a sama szybko ją połknęła.

Tymczasem młodzieniec obudził się rano, cały w dreszczach, w krzakach na zewnątrz dziewczy domu. Rozglądał się za swym kubkiem złota, ale niegdzie go nie było. „Nabrała mnie!” rzekł. „A cała ta piękna fortuna, która była moja dzięki szyji kury zostala stracona! Co więcej, nie mam ani grosza (liry) w kieszeni.”

Powędrował do lasu, myśląc co mógłby zrobić. Kiedy się zastanawiał, zobaczył trzech myśliwych i zapytał się o powód ich kłótni. Pierwszy mężczyzna powiedział: „Nas trzech ma po jednym magicznym przedmiocie. Jedną z nich jest rózga, która bije każdego i wszystko, kiedy się jej rozkaże: ‚Bij moja rózgo, bij!’ Drugą jest pelerya, która sprawia, że osoba ją nosząca staje się niewidzialna. Trzecią jest dywan, jak tylko ktoś usiądzie na niego, on zabierze go gdzie tylko ktoś sobie życzy. Nie możemy się zdecydować, kto z nas powinien dostać rózgę, kto powinien otrzymać pelerynę, a kto powinien otrzymać dywan.”

„Hmmm,” powiedział młodzieniec. „Tak naprawdę wszystkie trzy magiczne artefakty są jednością. Niech rozstrzygnę waszą kłótnię. Ty masz łuk i strzały. Wezmę jedną z twoich strzał i wystrzelę ją daleko. Ten, który pierwszy zdobędzie strzałę i przyniesie ją z powrotem otrzyma wszystkie trzy magiczne artefakty. Co o tym myślicie?”

Po krótkiej rozmowie trzej mężczyźni przyznali, że sugestia młodzieńca była mądra. Stanęli za nim i przyglądali się jak przyłożył strzałę do cięciwa. Jak tylko wystrzelił, wszyscy trzej zaczęli biec w śniegu, każdy zdeterminowany, aby jako pierwszy pochwycić strzałę, by posiąść wszystkie trzy zaczarowane artefakty.

Kiedy tylko mężczyźni zniknęli z pola widzenia, młodzieniec pochwycił rózgę, pelerynę i dywan, i uciekł w przeciwnym kierunku. Po kilku chwilach zatrzymał się pod sosną. Wkładając pelerynę, podniósł rózgę i usiadł na dywanie, i powiedział: „Weź mnie na dach domu pięknej dziewczyny.”

Prawie natychmiast znalazł się na dachu domu dziewczyny. Wtedy rozkazał: „Bij moja rózgo, bij!” i rózga zaczęła uderzać o dachówki. Dziewczyna słysząc ten hałas, wysłała służącego, aby zobaczył co się dzieje na dachu. Jednak służący nie mógł zobaczyć nić szczególnego, gdyż młodzieniec był niewidzialny. „Nie ma nic poza śniegiem na dachu.” powiedział dziewczynie. Ale hałas wciąż trwał i trwał.

W końcu dziewczyna sama wspięła się na dach. Kiedy młodzieniec zobaczył ją zdezorientowaną hałasem, pomyślał, że wyglądała zabawnie i zaczął się śmiać. Jak tylko się zaśmiał, stał się widzialny. Udając, że jest szczęśliwa widząc go, dziewczyna zaprosiła go do środka, a ona i jej 40 służących skusiło go do zostania. „Musi ci być zimno!” powiedizała dziewczyna. „Tutaj, masz coś ciepłego do napicia się.” I podała mu usypiający napój. Kiedy wypił ten, dała mu następny a potem kolejny. Kiedy wypił tak dużo, że zasnął, wzięła rózgę i pelerynę, i dywan, a młodzieńca kazała wrzucić do starej studni.

Kiedy młodzieneic obudził się na dnie studni, rzekł: „Aman! Znowu ta dziewczyna mnie przechytrzyła! Pewnego dnia się zemszczę!”

Rozglądając się, zobaczył, że nie było innego wyjścia, niż przez małe przejście w ścianie. Szedł i szedł wzdłóż korytaża, aż doszedł to dziwnego świata. Było tam wiele drzew i wszystkie były pokryte zielonymi liśćmi. Ale na zewnątrz była wciąż zima…

Szedł i szedł przez las, aż doszedł do winnicy pełnej pięknych białych winogron. Czując się głodnym, zjadł jedno winogrono i nagle zamienił się w konia. Biegał tu i tam, aż dobiegł do winnicy pełnej czerwonych winogron. Zjadł czerwone winogrono i tym razem stał się jeleniem. Ponieważ jego wielkie poroże na głowie nie pzwoliło mu biegać, szukał innych owoców, które mogły by mu pomóc. „Ah,” wzdychnął, „Są też czarne winogrona. Niech zjem jedno z nich. Będę szczęśliwy byciem czymkolwiek innym, niż jeleniem z tym ogromnym porożem.” Zjadł czarne winogrono i nagle stał się znowu człowiekiem.

W jednej chiwli wpadł na świetny pomysł. Po zebraniu kilku kiści każdego rodzaju winogrona, wrócił przez tunel do studni i ostatecznie, krok po kroku zdołał wspiąć się i wydostać ze studni. Włożył winogrona do koszyka, którego pożyczył od sprzedawcy na bazarze, i zaczął chodzić po ulicy kzycząc: „Winogrona! Świeże winogrona! Sprzedaję świeże winogrona!” Po pewnym czasie dotarł pod dom pięknej dziewczyny.

Kiedy dziewczyna usłyszała nawoływania sprzedawcy winogron, ku zdziwieniu w środku zimy, wysłała sługę, aby zakupił trochę winogron dla niej i jej pokojówek. Młodzieniec sprzedał kilka kiści czerwonych winogron służącemu. Jak tylko dziewczyna i jej 40 pokojówek zjadło czerwone grona, zamieniły się w jelenie, z tak wielkim i rozłożystym porożem, że z ledwością zmieściły się w pokoju. Kiedy dziewczyny stały tam bezradne, a piękna dziewczyna z głową wystającą przez okno, wszedł do pokoju i dał każdej białe grono. Błyskawicznie każda z nich zamieniła się w konia.

„Użyję tych koni jako ęzwierzta juczne,” zadecydował. Słysząc, że padiszah innego miasta budował pałac, młodzieniec wziął wszystkie 41 koni, gdzie jednym z nich byla piękna dziewczyna, aby pomóc w budowaniu pałacu. Miał ogromną ochotę rewanżu na nich wszystkich.

Kiedy budowa pałacu została zakończona, młodzieniec poszedł po swoje pieniądze należne za wynajem koni. Tymczasem, wydaje się dla rozrywki, padiszah kazał każdemu, kto przyszedł prosić o swoje pieniądze, powiedzieć opowiadanie, aby móc otrzymać zapłatę. Kiedy przyszła jego kolej, młodzienie przedstawił swoją własną historię, od początku do końca, nie opuszczając żadnego szczegółu. Jak tylko padiszah usłyszał tę historię, rozpoznał w młodzieńcu swojego młodszego brata. Uścisnęli się, a następnie padiszah opowiedział swoją własną historię, zakończając: „Ale wciąż jestem bez żony!”

Młodszy brat rzekł: „Znam wprost idealną dla ciebie pannę młodą. Jest to najpiękniejsza dziewczyna na świecie i powinienieś się z nią ożenić.” Przyprowadzając przd oblicze padiszaha konia, który tak naprawdę był piękną dziewczyną, młodzieniec dał jej czarne grono do zjedzenia. Jak tylko go zjadła, zamieniła się w piękną dziewczynę. Dając pozostałym 40 koniom czarne grona do zjedzenia, młodzeniec wrócił im swą dawną postać jako pokojówki i włączył je do grona sług padiszaha.

Padiszah uczynił swojego młodszego brata wezyrem i w ten oto sposób jego przeznaczenie zostało spełnione. Wkrótce piękna dziewczyna poślubiła padiszaha, a śłub trwał 40 dni i 40 nocy. Dziewczyna także byla bardzo szczęśliwa i wszyscy żyli długo i szczęśliwie.

Wielka radość dla nich, a historia dla nas.

opowiadania

RYBAK I DŻIN

Pewnego dnia rybak cały dzień próbował złowić ryby bez jakiegokolwiek sukcesu. Chociaż rzucał sieci wiele razy w ciągu dnia, nie był w stanie złowić nic innego, niż stary mosiężny słój. Zaciekawiony rybak zerwał lak i otworzył słój, aby zobaczyć co jest w środku. Jak tylko słój został otwarty wynurzyła się z niego wielka chmura dymu, która szybko przybrała kształt olbrzymiego dżina. Kiedy rybak gapił się na tę olbrzymią bestię w szoku, dżin rzekł: „Zjem cię!”

„Ale dlaczego?” zapytał się rybak, „Uwolniłem cię. Dlaczego chciałbyś mnie zjeść po tym, jak ci tak bardzo pomogłem?”

„Ten, kto zamknął mnie wewnątrz słoja, kazał mi pożreć osobę, która mnie uwolni. Nie mam innego wyboru jak, zjeść ciebie.”

„Niech tak będzie.” rzekł rybak. „Jeśli musisz mnie zjeść, to zrób to. Jakkolwiek, jestem bardzo ciekawy jednej rzeczy. Mianowicie jak ktoś tak wielki jak ty, mógł się zmieścić w tak małym słoju?”

„Och, to bardzo proste,” odpowiedział dżin. „Popatrz ak ja to robię.” Mówiąc to, dżin zaczął wciskać się, troszkę po troszku w słój. Kiedy dżin już całkiem wszedł w słój, rybak odparł: „Ah, rozumiem teraz.” Po czym szybko zakręcił słoik i wyrzucił słoj do morza.